No i wróciliśmy, cali i zdrowi a w głowach wspomnienia i obrazy które nie dają nam zasnąć. Czarnogóra to miejsce magiczne i inspirujące, które należy wpisać w top 10 miejsc nurkowych na świecie. Kraj niesamowicie przyjazny dla turystów, klimat umiarkowany, 28 stopni w maju, pozwaloł wygrzać nam kości po srogiej zimie w Polsce. Nurkowania wprawiły w zachwyt wszystkich. Wraki, jaskinie, a nocny wypad w okolice oświetlonego portu był chyba najpiekniejszym nurkiem w histori wyjazdów. Nie będę pisać o urokach Petrovac, jedzeniu, piciu czy kulturze, wszystko już zostało opsiane wcześniej. Tym razem chcielibyśmy podzielić się z Wami wrażeniami z naszej drogi powrotnej do domu i miejscem które odwiedziliśmy. Kto chociaż raz był z nami wie, ze nie potrafimy usiedziec na miejscu dluzejniz 5 minut 🙂 Nawet leżenie na plaży, z zapierajacymi dech widokami, nie trwa dlużej niż godzinę. Tym razem nasz ostatni dzień wyprawy przeznaczyliśmy na coś zupełnie innego. Pełni wrażeń po nurach zapragneliśmy podnieść poziom adrenaliny i po spakowani gratów ruszyliśmy ku przygodzie. Punktem docelowym była północna część Czarnogóry, a mianowicie góry i rzeka Tara. Rzeka Tara płynie w obszarze Parku Narodowego Durmitor tworząc najgłębszy i największy kanion Europy i drugi na świecie, zaraz po słynnym Kanionie Colrado. Droga kręta, wąska, miejscami nie do końca bezpieczna, ale gdyby zapytać kogokolwiek czy powtórzyłby tą wyprawę, każdy odpowiedziałby „powiedz tylko kiedy”. Zamknijcie oczy i wyobraźcie sobie raj … Strzeliste góry, porośnięte lasami o barwach zieleni jakie spotyka się tylko w miejscach niedotkniętych cywilizacją. Jedziecie pomiędzy nimi, mijacie tunele wydrążone w skałach. Nie te europejskie, z elektryką i klimatyzacją, ale tunele ze skał z których sypią sie kamienie, nie wiadomo skąd leci woda. Jedziemy dalej, zerkamy już nie w górę a w dół.W oddali jakaś niebieska wstążka. Zbliżamy się, niebieski lazur jeziora Pivsko. Znowu ten kolor, nawet błękit nieba przy nim blednie. Jedziemy tak naście kilometrów, znowu tunele, jaskinie, jezioro. Jedynym akcentem bytności człowieka jest tama przy której zatrzymujemy się i jak grupa chińskich turytów pstrykamy zdjęcie za zdjęciem. Po 3 godzinach jazdy w końcu granica Bośni i Harcegowiny wita nas szlabanem i opłatą klimatyczną w wysokości 1 euro:) Mijamy szlaban i nie możemy usiedzieć na miejscu. Wiemy co nas czeka! Jedziemy do obozu Grab Camp, miejsca naszej zabawy. Samochody ledwo dają radę na drodze, a gruz i kamienie obijają podwozie. Zaciskamy kciuki gdy widzimy zbliżające sie z przeciwka pojazdy. Obóz jak z obrazka, ciągle macie zamknięte oczy?, Jesteśmy nad samą rzeką Tarą, rwącą i spienioną. W tym czasie wygląda złowieszczo nie jest już błękitna a biała i spieniona, z nurtem tak silnym że zabiera ze sobą wszytko co znajdzie się w jej korycie. W obozie spotykamy młodych ludzi, chyba każdej narodowości, muzyka, śmiechy, ktoś gra w piłkę ktoś w badmintona, a my „tańczymy” z nogi na nogę, czekając w napięciu… Szybkie zakwaterowanie w drewnianych bungalowach, wskakujemy w pianki i udajemy się ku przygodzie. TAK, bedziemy płynąć tym rwącym potokiem. Dostajemy kaski, kamizelki asekuracyjne i dzielimy się na dwie ekipy. Jedną prowadzi Kozak, drugą ja z Damianem. Przydzielenie wioseł, odprawa prowadzona przez gajda i wojnę czas zacząć 🙂 Ups, przepraszam, przygodę! Do grupy dąłączają Holendrzy, małżeństwo pieszczotliwie nazwane przez nas kukułczymi jajami, gdyż nie do końca zrozumieli naszą chęć rywalizacji! Zamiast zaciętej walki wybrali oglądanie widoków:) W połowie spływu zatrzymujemy się pod wodospadami, sweet focie na face’a porobione:) Zmieniamy ekipy a przed nami najciekawszy odcinek rzeki. Cieszymy się jak dzieci krzycząc z radości w niebogłosy. Dwie godziny spływu mijają w oka mgnieniu. Każdy czuje niedosyt. Dobijamy do brzegu, gratulujemy sobie wzajemnie i przekrzykujemy się, starając się opowiedzieć swoje wrażenia. Jeden z przewodników chwali nas za pracę zespołową i atmosferę jaką wprowadziliśmy. Nawet państwo z Holandii dziękują za wspólnie spędzony czas. Ukradkiem podpytujemy czy możemy spłynąć raz jeszcze i okazuje się że tak. Odcinek rzeki o którym powiedziano nam, że jest zamknięty ze względów bezpieczeństwa, dla nas stoi otworem, mimo że każdy z nas był na raftingu pierwszy raz Przewodnicy po namowach, a może i błaganiach, zgadzają się zabrać nas na cięższy odcinek rzeki. Mamy przerwę, jemy syty posiłek w obozie ( regionalne przysmaki). Po obiedzie szybka próba gry w mafię:) Pora podjąć decyzję kto chce zaryzykować i płynąć raz jeszcze. Jest nas dziesiątka, przewodnik się zgadza, znowu wskakujemy w pianki i sprzęt. Tym razem jedziemy w górę rzeki 30 minut jeepem z pontonem na dachu. Przewodnik tym razem uzbrojony „po zęby” w rzutki ratownicze.Odprawa, tym razem on dowodzi. Nawet nasi kapitanowie milkną 🙂 Słuchamy uważnie co zrobić gdyby któreś z nas wypadło za burtę, jak wiosłować aby wiry czy progi wodne bądź wystające skały i gałęzie nie zrobiły nam krzywdy. Rozważnie dobieramy miejsca na pontonie, kto z kim siedzi, aby rozłożyć siły. Gdy odprawa została zakończona wsiedliśmy na ponton. Gajd dał komendę do startu, pierwszy etap wprawił nas w zachwyt, ale najcięższe było przed nami,. Chwila odpoczynku dla rąk, parę bączków, sprawdziliśmy jak nasza synchronizacja i ostatnie podpowiedzi od prowadzącego. Ze względu na bardzo wysoki stan wody, odcinek ten był bardzo niebezpieczny, okazało się że dwa dni wcześniej z jednego z pontonów wypadła dwójka ludzi, niestety jedna osoba tego nie przeżyła…Dziwne to było uczucie, gdy zbliżalismy się do tego miejsca ale ciekawość wygrała. Gajd dał komendę „forward”! Ruszyliśmy, ponton giął się w pół, skały, prądy wstępujące, czasami byliśmy półtora metra nad taflą wody, wyginało nas i rzucało na każdą stronę. Komenda za komendą, kto wiosłuje, w którą stronę Parę kilometrów walki z żywiołem ale daliśmy radę. Gdy przebrnęliśmy tą kipiel wiedzieliśmy już na pewno że były to nasze wakacje życia, a z tą ekipą można ruszyć na koniec świata. Odcinek 6 km zajął nam może 40 minut, zbliżając sie do obozu czuliśmy się jak zwycięzcy! Aby zakończyć całą zabawę z przytupem gajd zgodził się wykonać manewr cumowania w sposób jaki robią tylko zawodowcy, pod prąd. Jak jedno ciało wiosłowaliśmy narzucając sobie tempo, nasze głosy słychać było chyba w całym obozie, dobiliśmy do brzegu. Radość i zmęczenie oraz mina przewodnika mówiła wszystko! DUMA !!! 5 kobietek i 5 facetów – drużyna marzeń. Długo rozmawialiśmy o tych paru godzinach, wieczorem przyszedł czas na pyszną kolację i egzamin. Aga z mężem mieli wysoko postawioną poprzeczkę, ale dali radę i z teorią i z praktyka. Zmęczeni całym dniem i drogą padliśmy jak dzieci, rano czekała nas podróż do domu. Bośnia i Harcegowina zostaną w naszej pamięci na zawsze. Dziękuję kochani że byliście z nami. Mam nadzieję że galeria odda ten klimat choć w 50%