No i w drogę, wyprawa ku nieznanym. Pierwsza wyprawa Seawave na Majorkę, chyba wszyscy cieszymy się jak dzieci. Podroż do warszawy na lotnisko mija jak mrugnięcie okiem. Czekamy na resztę ekipy dojeżdżającej z całej Polski ha.. tylko Szczecin nam się wyłamał i leci sam 🙂 Chwila nerwów w trakcie odprawy i ważenia bagaży, wszytko na styk, tylko Darek nie dowierza biorąc moją torebkę do ręki ile potrafi się w niej zmieścić, automaty, komputer, szpulka, bojka deco itp. Pan na odprawie tez zrobił dziwną minę:) Lecimy, 4 i pól godziny spokojnej podróży, w Palma de Mallorca lądujemy po 23 i od razu wiemy że to Hiszpania. Na bagaże czekamy ponad godzinę mañana  🙂 Palma de Mallorca wita nas ciepło, ale nie upałem oraz niesamowitą aleją palm i zieleni, tak ,zaczynamy czuć wakacje. Małe zamieszanie z transferem ale na wszystkie problemy odpowiadamy  possiblemaniana  🙂 trzeba się tutaj tego nauczyć, bo inaczej idzie zwariować. Nasz kierowca niestety nie mówi po angielsku, w autobusie wszyscy śpią jak by właśnie wrócili z wyprawy na Mont Everest. Dojeżdżamy do Puerto Pollensa, malowniczego miasteczka nad morzem otoczonym górami. Zatrzymujemy się przed jakimś budynkiem, który miał być naszym -Hostelem i słyszymy:

-Hotel Pariss,

-Hotel pariss??? Więc spokojnie zaspani wysiadamy z busa, wypakowujemy torby,upewniamy się raz jeszcze

-Hotel Pariss?

-Si Pariss, Pariss

-Ciao i tyle widzimy naszego kierowcę…

YYY Kozak… nie chcę Cie martwić, ale to nie nasz Hostel… na zdjęciach tak nie wyglądał, 10 min zamieszania, biegania po okolicznych uliczkach o 2 nad ranem, znaleźliśmy i bazę i hostel. Obsługa bazy czekała na nas, oprowadzili, ulokowali w pokojach, szybka odprawa i spać…Budze się przed budzikiem aby zrobić wszystkim niespodziankę i przygotować śniadanko, sklep mamy 5 metrów od bazy. Okazuje się że wszyscy wpadli na ten sam pomysł 🙂 Szynki, sery i pomidory!!! Będziemy się nimi objadać każdego dnia. Wszystko pachnie, smakuje inaczej, soczyście. Tak Majorkę trzeba smakować!!!wszystkimi zmysłami… Idziemy po resztę ekipy, która nocuje w Hostelu. Ciężko nazwać to hostelem, nie jeden hotel w Polsce mógł by pozazdrościć wystroju i komfortu. Ekipa z różnych części Polski więc nie znamy się wszyscy, mijając kogoś na kanapie, uśmiechamy się miło i po hiszpańsko- angielsku próbujemy rozmawiać, na co wchodzi Czarek i patrzy na nas ze zdziwieniem , przecież to Robert, jest z nami!!! Padamy z Agą ze śmiechu, blondynki 🙂 Komenda – torby i do bazy ze sprzętem, trzeba poznać plan, bazę i ekipę przewodników. Zaskakująca nas swoją serdeczność i nienieckim podejściem do tematu. Wszytko tak jak byśmy sobie życzyli. Dzielimy nas na 2 grupy nurków, grupa pierwsza pod przewodnictwem Sławka który doleciał ze Szwajcarii :)oraz druga z grupą nurków młodzieżowych i tych co zdecydowanie wolą spać dłużej 🙂 Po pierwszym nurkowaniu już wiem że to był świetny wybór !!! Cieszę się niezmiernie że mam SUCHY SKAFANDER :)hahahah!!!! Tylko Robert nie rozumie, przecież pojechał w ciepłe kraje na wakacje i miało być gorąco, a on z krótką pianka 2mm, twardy był, dwa dni wytrzymał, jak opowiadała w trakcie jednego nura bił się po twarzy mówiąc” stary dasz radę, nie wymiękaj”  🙂 znalazła się pianka 6mm długa. Ciężko opisywać każdy dzień, nurkowania ciekawe, groty, jaskinie zachwycające, ośmiornice, kałamarnice, mureny. Dorośli szybowali nad połaciami traw, dzieci zachwycały się każdym śmieciem znalezionym pod wodą. Codzienne nowe miejsce, każdemu zapadło w pamięć coś innego. Moim faworytem będzie zawsze Cave of Jeronimo, olbrzymia grota na 23 m głęboka z niesamowitym kolorem błękitu i mglą wewnątrz. Jak napisałam wcześniej Mallorce trzeba smakować. Co wieczór chodziliśmy po restauracjach, barach aby wspólnie zjeść i przekrzykiwać się w opowieściach z tego co widzieliśmy, nie tylko pod wodą. Hitem wyjazdu okazała się regionalna restauracja, którą polecił nam Sven- właściciel bazy, słynąca z podrobów!!! Tak, objadaliśmy się nerkami, ozorami, królikami, baraniną, rybami, krewetkami i tym co tylko mieli w karcie!!! Oliwa z oliwek, wino domowej roboty, smaki jakie zapamiętuję się na całe życie. Byliśmy tam dwa razy, ale gdyby tylko starczyło czasu i dni, moglibyśmy jeść tam codziennie! Sklepowe półki uginały się pod ilością owoców i warzyw, ryby i owoce morza, wszystko świeże. Pomysł grilla w bazie, był trafieniem w dziesiątkę. Nakupowaliśmy tyle kalmarów, krewetek, dorad, sardynek i dziwnych bananów pastewnych:) że dwa dni to jedliśmy. Robert okazał się mistrzem kuchni, przygotował obłędne gambasy i tatar z łososia,a Kozak, spędził cały wieczór przy grillu dogadzając kulinarnie nie małej 18 osobowej grupce wygłodniałych nurków – tylko te wrocławskie banany nie chciały się grilować. Wieczory mijały nam na jedzeniu, zdecydowanie w dużej ilości, ale taka jest Majorka. Nikt się nie spieszy, wszyscy się wszytki m cieszą, delektują… Rankiem cześć ekipy wybywała na nura, druga część w tym czasie zwiedzała. Mimo urazu stopy jaki mnie dopadł przed wyjazdem, chodziłam skakałam po górach pagórkach, skałach. Widoki zapierające dech w piersiach, skaliste wybrzeże i błękit morza a na około soczysta zieleń. Ktoś brał rowery, ktoś samochód, my wybraliśmy skutery. Formentor, obowiązkowa wyprawa, na najbardziej wysunięty cypel Majorki z piękną białą plażą i latarnią morska na skale. Pollensa, malownicze miasteczko z mnóstwem schodów i wąskich uliczek. Można tak wymieniać w nieskończoność, gdy tylko był czas chodziliśmy, zwiedzaliśmy, podziwialiśmy, niespieszące się. Ostatni dzień, czas się pakować, ostatni nur, wspólną kolacja w bazie i do domu. Ostatni dzień a dla nas, dla mnie najwspanialszy i najbardziej przerażający zarazem. Dziwnie się to życie czasami układa, w najdziwniejszych snach nie myślałam ze kiedyś dołączę do grona nurków jaskiniowych. Oczywiście  stoję dopiero  jedną nogą na skraju jaskini:) ale pierwszy etap szkolenia już za nami i pierwszy nur. Spektakularny, niebezpieczny, niesamowity… Cova de saGleda. Jeszce rok temu oglądałam ją tylko na BBC marząc że za 10 lat może się uda. A teraz mam certyfikat w dłoni, w drugiej pozwolenie na nurkowanie. Właścicielką ziemi na której jest jaskinia, sprawdza dokumenty( 80 letnia babcia :)) mówi coś o kluczu do bramy i ekipie która już tam jest. Idziemy w dól ze sprzętem, stromo… wow.. wygląda to trochę strasznie ale pięknie. Zapadnięty dach Cenotu, dziwna roślinność, i woda… czarna… nie widać wejścia do jaskini, jest pod jego taflą na 12m. Zimno i mocny zapach odchodów nietoperzy:) Rysiu z uśmiechem na ustach jeszcze się zastanawia czy na pewno chce wejść…omawiamy plan kolejny raz, wychodzą poprzednie ekipy, w piankach? Bez rękawic? Ale o co tu chodzi woda zimna jak lód, jeszcze się nie zanurzyłam a już mi zimno.  Pytamy o widoczność i jakieś podpowiedzi. Hmm… to był błąd… wskazano nam nie tą poręczówkę, pomyliliśmy się. Opadamy w dól, ciemno, muł, widoczność zerowa, aby po chwili szybować w miedzy stalagmitami i stalaktytami w ciasnym tunelu. Ciężkie nurkowanie, ale tylko takie rzeczy uczą. Pokora to chyba najlepsze słowo. Jaskinia wywarła na nas niesamowite wrażenie. Wrócimy tu już niedługo. Jest coś co ciągnie w takie miejsca mimo niebezpieczeństwa. Bezpiecznie wracamy do domu, po drodze mały „wypadek” z benzyna czy to dieslem wlanym do baku 🙂 Biesiadujemy do późnych godzin, nikt nie chce się żegnać z Majorką. Znowu kończymy nasz wyjazd w najlepszym momencie, aby czuć niedosyt i chcąc wrócić tu jak najszybciej.

Więc nie Adios, a NOS VEMOS 🙂