Na takie wakacje warto było poczekać!

Cudowna pogoda, lazurowa woda, przepiękne krajobrazy były niczym w porównaniu z ludźmi, z którymi  dane nam było wybrać się do tego raju. 24 osoby i tyleż samo niepowtarzalnych osobowości tworzących klimat wyjazdu. Wylecieliśmy we wtorek wieczorem z lotniska Okęcie, by po 3 godzinach przenieść się w inny wymiar. Palmy i uderzenie gorąca, to pierwsze, co dało się zauważyć po wyjściu z samolotu. Na parkingu czekał na nas autokar, który zawiózł nas wprost do hotelu. Po rozłożeniu bagaży w pokojach, mimo późnej pory, spotkaliśmy się na dachu przy jacuzzi i basenie hotelowym, by omówić plan na następny dzień. Pierwszego dnia po śniadaniu kontynentalnym dwa busy zabrały nas do centrum nurkowego Sea Shell w Melieha Bay. I tak już było każdego poranka. W bazie przywitała nas cała ekipa z właścicielem Hubertem, jego siostrą, Jane – szefową biura i rodzicami Josephem i Josephiną. Rodzinna atmosfera firmy udzieliła się i nam – poczuliśmy się jak w domu. Tego dnia zostaliśmy podzieleni na dwie grupy, zgodnie z uprawnieniami nurkowymi, przydzielono nam imienne bakisty na szpej (była przy tym masa śmiechu – niektórzy zostali nawet przechrzczeni  (Gmesiu – czyt. Grzesiu – uroki języka polskiego:)) i zapoznani z planem nurkowań na najbliższe dni. To co czekało nas pod wodą przeszło nasze najśmielsze oczekiwania. Brakowało rąk i gestów by wyrazić bez słów towarzyszące nam emocje. Przejrzysta woda o lazurowej barwie, przecudne zatoczki, jaskinie, rafy i pionowe skały, bogactwo życia podwodnego; ośmiornice, płaszczki, morskie stonogi, czerwone rozgwiazdy i miliony różnorodnych rybek wprost zapierały nam dech w piersiach. Nurkowania z brzegu, skoki z klifu i rib-a, przerażające na początku dla niektórych, okazały się niesamowitą atrakcją (…absolutnie żadne zagadnienie!:)) A po nurkowaniach… w takim miejscu nie mogło być mowy o nudzie; zwiedziliśmy stolicę – Valettę, Rabat, Medinę, dyskotekową mekkę – Paceville, hutę maltańskiego szkła w Mdinie, zjedliśmy najlepszego królika na Malcie, udało nam się wybrać w ostatni kurs kultowym maltańskim autobusem, zajadaliśmy się ooooogromnymi, boskimi lodami (taaa, uhm!) i miejscowymi potrawami. Spotkaliśmy niesamowitych ludzi, których historie ubawiły nas do łez, ale i takich, których życiorysy wycisnęły łzy smutku (…nie oceniaj mnie, bo nie wiesz kim jestem!). Trudno opisać w kilku zdaniach wszystko to, co spotkało nas na Malcie – było bosko, ale nawet najpiękniejsze zdjęcia nie będą w stanie oddać tego, co widzieliśmy i czego doświadczyliśmy na żywo. Prawda jest taka, że łzy same cisnęły się do oczu, gdy musieliśmy się pożegnać, ale wszyscy postanowiliśmy, że na pewno tam wrócimy. Ci, którym nie udało się pojechać powinni żałować, ale nie muszą się martwić, bo z pewnością zabierzemy ich za rok!